Reklama

Zamazana prawda

Niedziela Ogólnopolska 19/2010, str. 20-21

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: - Panie Profesorze, swym „Listem otwartym do Prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska” wywołał Pan spore zamieszanie i dyskusję o przyczynach smoleńskiej katastrofy. Pisze Pan: „zwracam się do Pana, Panie Premierze, o powołanie niezależnej Międzynarodowej Komisji Technicznej dla zbadania przyczyn katastrofy. Wnioski takiej komisji, z udziałem najlepszych światowych ekspertów, miałyby podstawowe znaczenie dla opinii publicznej i dla historii”. Czyżby nie wierzył Pan w efekty pracy polskich i rosyjskich prokuratorów?

Reklama

PROF. JACEK TRZNADEL: - Nie wierzę. Wystarczyło uważnie obserwować to, co działo się po katastrofie. Z dnia na dzień pojawiało się coraz więcej pytań bez odpowiedzi. Decyzję o napisaniu tego listu, wbrew niektórym sugestiom, podjąłem najzupełniej samodzielnie i, jak dotąd, pozostaję całkowicie sam. Padały zarzuty, że za tą moją inicjatywą stoi jakaś partia, jakaś prawica… Nic podobnego! Dla podkreślenia mojego długoletniego zainteresowania sprawami katyńskimi podpisałem się jako przewodniczący Rady Polskiej Fundacji Katyńskiej, do czego mam pełne prawo. Wiele spośród osób, z którymi zakładałem tę Fundację w 1990 r., już nie żyje, a teraz pod Smoleńskiem zginęła Bożena Łojek… Nie mogłem więc milczeć, nie mogłem nie zareagować na tę, moim zdaniem, gorszącą bierność polskich władz w dochodzeniu prawdy. Cieszę się, że w ciągu kilku pierwszych dni podpisało ten list około 20 tys. osób, a grupa amerykańskiej Polonii nawet wystosowała podobną petycję do prezydenta Stanów Zjednoczonych.

- Posypały się jednak i głosy oburzenia, że podważa Pan zaufanie do Rosjan i do polskiego rządu.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

- Tego się spodziewałem. Dostałem nawet kilka bardzo przykrych listów, w których napisano, iż niewiarygodne jest to, że mam tytuł profesora, że jestem o krok od schizofrenii paranoidalnej, że powinienem się leczyć. Nie sprawiło mi to specjalnej przykrości, a nasunęło skojarzenia z całkiem niedawnymi jeszcze praktykami Związku Sowieckiego, gdy pod pretekstem schizofrenii bezobjawowej więziono i usuwano ludzi niewygodnych dla władzy.

- Na szczęście, w wolnej Polsce zbyt uporczywe domaganie się prawdy jest tylko nazywane oszołomstwem i co najwyżej wyśmiewane…!

- I to bywa bolesne! Ci, którzy dziś starają się w ten sposób niszczyć swych przeciwników, niestety, mają za sobą potęgę wolnych mediów. Trudno się dziwić, że tak łatwo osiągają odpowiedni efekt, skoro społeczeństwo pod względem świadomości obywatelskiej prezentuje się raczej mizernie… Dlatego słowo „oszołom” robi w Polsce tak dużą karierę, i to bynajmniej nie wśród ludzi słabiej wykształconych. W szczególny sposób zapanowało u nas tzw. poprawne myślenie, bardzo odpowiadające tej grupie opiniotwórczej, która we własnym interesie narzuca je szerszym kręgom społeczeństwa.

Reklama

- A ci „oszołomieni”, czyli inaczej i bardziej samodzielnie myślący, bywają często oskarżani o snucie teorii spiskowych?

- Mało tego, ci niesfornie myślący są uważani za niebezpiecznych, szkodliwych dla Polski. Sam kiedyś znalazłem się na takiej liście, sporządzonej przez … pana Adama Michnika. A tymczasem w każdej krytycznej sytuacji - na przykład takiej, z jaką mamy obecnie do czynienia - naturalne jest przecież rozważanie wszelkich możliwych scenariuszy, a nawet domniemań. Historycy uważają to za normalne. Zaprzeczanie i wykluczanie z góry jakiejkolwiek wersji niewyjaśnionych zdarzeń zamyka drogę dotarcia do prawdy. To tak, jakby np. Niemcy zaprzeczali, że pułkownik Stauffenberg nie dokonał żadnego zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu…

- Domaganie się powołania międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem zostało odczytane nie tylko jako brak zaufania do rządów Rosji i Polski, ale także jako niepotrzebne i pełne złej woli doszukiwanie się sensacji.

Reklama

- W żadnym razie nie staram się szukać sensacji! Normalne jest, że gdy dochodzi do podobnej katastrofy, jedną z pierwszych rozważanych poszlak musi być prawdopodobieństwo zamachu. Jak zapewniają nas polscy prokuratorzy, żadna hipoteza nie została z góry wykluczona… Można jednak mieć wiele wątpliwości, skoro strona polska jest w tym śledztwie tylko petentem (do czego się zresztą oficjalnie przyznaje). Nie sposób nie zauważyć wyjątkowej bierności i spolegliwości rządu polskiego! Wydaje mi się, że Donald Tusk powinien był w ciągu kilku godzin po katastrofie wygłosić orędzie do narodu polskiego, czego nie zrobił… Rząd powinien był wystosować do Rosji postulat, a nawet żądanie, aby dochodzenie było prowadzone przez polską Komisję; należało domagać się przekazania wszystkich dowodów rzeczowych, wszystkiego, co było własnością RP. Zastanawiam się także, dlaczego ciała ofiar nie mogły być przetransportowane bezpośrednio do Polski…

- Wytłumaczeniem była tu najpierw dwustronna umowa między Polską a Rosją, podpisana kilkanaście lat temu, według której - jak nam tłumaczono - gospodarzem śledztwa musi być kraj, na terenie którego zdarzył się wypadek, a ostatnio premier Tusk powołuje się na konwencję chicagowską...

- Tak, ale przecież nie jest to taki sobie zwykły wypadek! Tu zginęło kilkadziesiąt najważniejszych osób naszego państwa, zostało zagrożone bezpieczeństwo kraju. Zaistniały nadzwyczajne okoliczności! Mogliśmy i powinniśmy domagać się niestandardowych procedur. Tymczasem mieliśmy do czynienia z wręcz gorszącą postawą polskich władz. Uważam, że rząd polski zachowuje się wobec Rosji w sposób zbyt wiernopoddańczy. Moralnie obrzydliwe jest, moim zdaniem, podkreślanie, m.in. przez marszałka Sejmu RP, „korzyści z tej katastrofy”, którą ma być pojednanie Polski z Rosją. Jeśli by nawet tak było, w co wątpię, to taką ocenę wolno wyrazić w sto lat potem… Choć wiem, że narażę się tu na szaleńczą krytykę, uważam, że za popełnione zaniechania i zaniedbania należałoby premiera Tuska postawić przed Trybunałem Stanu.

- A może ta delikatność polskich władz rzeczywiście zaowocuje pojednaniem polsko-rosyjskim? Nadzieję, że smoleńska katastrofa do tegoż pojednania doprowadzi, wyrażają także zachodni komentatorzy.

Reklama

- Tego rodzaju kalkulacje są po pierwsze obrzydliwe, a po drugie - naiwne. Widok Donalda Tuska w objęciach Putina budził we mnie raczej niesmak niż nadzieję… Obok dymiły szczątki samolotu, leżały porozrzucane zwłoki, a do nas docierał ten kiczowaty przekaz pojednania oraz pierwsze, zadziwiająco szybkie „wyniki śledztwa”; że samolot był na pewno sprawny, że pewnie to był błąd pilota albo wymuszenie lądowania przez prezydenta Kaczyńskiego… I tych hipotez jakoś nikt nie kwapił się krytykować, nikt ich nie wyśmiewał, jakby były z góry założone do przyjęcia.

- Z biegiem dni pojawiało się coraz więcej pytań, coraz więcej wątpliwości i nowych hipotez, przez niektóre media określanych jako nieuprawnione i fantastyczne.

- Mamy prawo mieć wątpliwości i zadawać pytania. Mamy prawo do przekonania, że wszystko w tej sprawie może być zafałszowane, że nie dowiemy się prawdy. Pytam na przykład, dlaczego na miejsce katastrofy nie przyjechała żadna karetka pogotowia, jakby już z góry wiedziano, że nikt nie przeżył?... To może kluczowe pytanie, a może zbyt „spiskowe”… Może szkodzi stosunkom polsko-rosyjskim, ale nie boję się go postawić.

- Nad „prawdą Katynia” zawsze wisiało jakieś fatum: nie można było o niej mówić, bo groziło to więzieniem, a później - już w wolnej Polsce - też właściwie zajmowała się nią garstka osób bezpośrednio zainteresowanych (rodziny ofiar katyńskich) lub takich jak Pan Profesor - „nawiedzonych” poszukiwaniem prawdy…

Reklama

- W wolnej Polsce swoje badania katyńskie oczywiście mogłem prowadzić, choć niewiele dawało się zrobić, ponieważ nie były udostępniane podstawowe akta rosyjskie. Nie mieli do nich dostępu nawet badacze rosyjscy starający się opisać zbrodnie reżimu stalinowskiego. Dlaczego? Może dlatego, żeby nie wyszła na jaw porażająca skala represji reżimu komunistycznego? Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że wydaje mi się, iż więcej ludzi zginęło w Rosji Sowieckiej niż w wyniku przestępstw hitlerowskich… W Polsce ciągle jesteśmy bardziej świadomi zbrodni hitlerowskich, a wciąż mamy zablokowaną wiedzę o przestępstwach reżimu sowieckiego.

- Dlaczego Rosjanie tak niechętnie udostępniają te akta?

- Trudno na to odpowiedzieć. Chyba nie dlatego, że żyją jeszcze nieliczni sprawcy tej zbrodni… Być może chodzi o ciężar ewentualnych odszkodowań… A moim zdaniem, decyduje o tym tylko niezmiennie imperialna postawa: za nic nie będziemy odpowiadać, za nic nikomu nie zapłacimy, wara od naszych archiwów!

- A my jednak mamy nadzieję na pojednanie!

- Pisarz Józef Mackiewicz, wielki znawca Rosji, zawsze przestrzegał: nie wychodźcie z założenia, że są tylko Rosjanie jednego pokroju, że jest tylko jedna Rosja. W tym nasza nadzieja, że jest jeszcze i ta nieimperialna, niesowiecka. Teraz wspominam, że jeszcze tak niedawno, 2 czy 3 lata temu, z Bożeną Łojek wręczaliśmy odznaczenia Polskiej Fundacji Katyńskiej przewodniczącemu „Memoriału” - rosyjskiej organizacji zasłużonej w dochodzeniu prawdy o Katyniu.

- Prezydent Kaczyński miał mówić, że ukrywanie prawdy o zbrodni katyńskiej było „kłamstwem założycielskim PRL-u”, i o tym, jak niezbędne jest dziś - właśnie w imię pojednania - pełne ukazanie tej prawdy. Nie zdążył…

Reklama

- O tym, jak okrutne było to kłamstwo, najlepiej wiedzą te rodziny, które musiały ukrywać fakt, że ich krewni byli ofiarami zbrodni katyńskiej, bo ta prawda utrudniała im życie, a czasem wręcz uniemożliwiała. W minionym 20-leciu, choć była to już prawda ujawniona, to jednak też w jakiś sposób ograniczona.

- W jaki sposób i dlaczego?

- Na pytanie „dlaczego” nie odpowiem, by nie być posądzonym o teorie spiskowe. Szkoda na to czasu… Powiem tylko, że od 20 lat postulowałem działania, które nigdy nie zostały dopełnione, bo nie zyskiwały odpowiedniego wsparcia. W 1952 r. zakończyły się badania zbrodni katyńskiej prowadzone przez komisje Kongresu USA, powstało wielkie, siedmiotomowe opracowanie wyników tych badań. W Polsce znalazły się bodaj tylko dwa egzemplarze tego dokumentu, z których jeden jest w moim posiadaniu - skserowany dla mnie przez Jerzego Giedroycia i przywieziony do Polski jeszcze przed 1989 r. Niestety, do tej pory nie udało się zorganizować przetłumaczenia tych akt na język polski. Fundacja Katyńska nie posiadała odpowiednich funduszy, a pomocy znikąd nie udało się doprosić. Szansa pojawiła się dopiero niedawno, gdy prezes Janusz Kurtyka wyraził zainteresowanie wydaniem tych dokumentów przez IPN. Podobnie starałem się o przekład oficjalnego dokumentu niemieckiego o zbrodni w Katyniu, do którego jest dołączona lista rozpoznanych i zidentyfikowanych ofiar zbrodni. Nie udało się dotąd.

- Jednak spod Pana ręki wyszło kilka cennych publikacji na temat Katynia.

Reklama

- Oprócz publikacji własnych, w 1996 r. zebrałem wszystko, co o Katyniu napisał Józef Mackiewicz, zdobyłem także niewydaną nigdy po polsku, a przetłumaczoną już wtedy na wiele języków książkę, której polski maszynopis leżał w nowojorskim archiwum. Skutek tego jest niestety taki, że do dziś muszę się tłumaczyć przed sądem jako oskarżony o naruszenie praw autorskich należących do niejakiej pani Niny Karsov (która przejęła je od żony Mackiewicza w połowie lat 80.). Przed sądem stanęła też Polska Fundacja Katyńska, reprezentowana przez Bożenę Łojek, wydawnictwo „Antyk”, oraz Halina Mackiewicz, córka pisarza… Takie to są trudne koleje sprawy katyńskiej… Mimo kłopotów, nie żałuję. Zawsze uważałem, że wydania tej książki domagała się polska racja stanu. To przecież Mackiewicz był wśród tych, którzy stali nad otwartymi grobami w lesie katyńskim w 1943 r…

- Faktem więc pozostaje, że o prawdę katyńską do końca bili się tylko najodważniejsi, gotowi na wszystko desperaci. Panie Profesorze, czy na kanwie tej walki o prawdę nie mogłaby powstać nowa „Hańba domowa”?

- Pomysł napisania „Hańby domowej” przyszedł mi w 1980 r. Była to ocena zachowań i czynów spełnianych przez osoby (z dziedziny literatury), które przyczyniały się do rozprzestrzeniania idei i struktur uważanych przeze mnie za hańbiące. Można by dziś oczywiście rozszerzać opis pewnych zjawisk, ale chyba dalszego ciągu nie chciałbym już pisać… Choć rzeczywiście, może warto by się zastanowić, co dziś może być naszą hańbą domową…

- A może na przykład to, że tak późno powstał polski film o Katyniu?

- Późno i w dodatku, moim zdaniem, nie najlepszy, bo zbyt podporządkowany owej poprawności myślenia. Gdy pan Wajda ogłosił zamiar kręcenia tegoż filmu, napisałem do niego list, oferując swą pomoc, jako że przecież jestem naocznym świadkiem tamtych czasów, doskonale pamiętam okupacyjny Kraków, pamiętam zdarzenia, nastroje, komentarze, a ponadto jestem posiadaczem cennych dokumentów. Nie dostałem odpowiedzi… Być może dlatego, że wcześniej bardzo krytykowałem „Popiół i diament”, jako zafałszowanie historii i chęć przypodobania się establishmentowi komunistycznemu.

Reklama

- Co nie podoba się Panu w filmie „Katyń”?

- To, że jest w nim - ośmielam się twierdzić - zbyt wiele tendencyjnych uproszczeń, a nawet przekłamań. To, że podkreśla brutalność Niemców, a wyraźnie łagodzi okrucieństwo Sowietów. W sposób niezwykle ostry pokazuje na przykład aresztowanie pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z tego filmu nieuświadomiony historycznie widz może wywnioskować, że wszyscy profesorowie zostali wymordowani, a przecież wielu po paru miesiącach wróciło do Krakowa, dzięki czemu mogłem w mieszkaniu mojej ciotki słuchać wykładów z historii… Mord katyński ilustruje w filmie tylko jedna mocna scena rozstrzelania, która jednakże odbywa się jakby dodatkowo, bezosobowo, jakby na marginesie… Takie odniosłem wrażenie. Nie ma w tym filmie okrucieństwa Sowietów, choć pokazuje on miejsca i czas, w którym do nich nagminnie dochodziło. Jedynym Rosjaninem z krwi i kości w filmie Wajdy jest „dobry Rosjanin”… Moim zdaniem, film jest zbyt uładzony, niewyraźny i nie odegra roli, jaką mu się przypisuje: nie odkrywa prawdy, lecz ją zamazuje.

- Panie Profesorze, a czy kiedykolwiek poznamy prawdę o katastrofie pod Smoleńskiem i czy w nią uwierzymy?

- Podejrzewam tu spore i niekończące się trudności, a prawda będzie wiecznie zamazana. Podzieli los tamtej sprzed 70 lat. q

Prof. Jacek Trznadel (ur. 1930) - historyk literatury, wykładowca Sorbony (w latach 1966-70 i 1978-83), w latach 80. współpracownik paryskiej „Kultury” i pism drugiego obiegu, do 2000 r. pracownik Instytutu Badań Literackich PAN, autor licznych prac z historii literatury, m.in. „Hańby domowej”. Jeden z inicjatorów założenia Polskiej Fundacji Katyńskiej i Niezależnego Komitetu Badania Zbrodni Katyńskiej. Wydał tom szkiców historycznych poświęconych sprawie Katynia „Powrót rozstrzelanej armii” oraz zbiór opowiadań katyńskich „Z popiołu czy wstaniesz?”

2010-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Watykan: Świeccy pracownicy rozczarowani niesprawiedliwym traktowaniem. Urząd Pracy Stolicy Apostolskiej reaguje

2026-01-23 12:33

[ TEMATY ]

Watykan

Vatican News

Pracujemy, aby nigdy nie dochodziło do sytuacji, w których prawa pracowników są pomijane lub naruszane - podkreśla ks. Marco Sprizzi, przewodniczący Urzędu Pracy Stolicy Apostolskiej (ULSA). W rozmowie z mediami watykańskimi odnosi się do nowego statutu ULSA oraz do niedawnego sondażu Stowarzyszenia Świeckich Pracowników Watykanu (ADLV). W tym badaniu część pracowników Stolicy Apostolskiej wskazała na poczucie niezadowolenia i niewłaściwe zachowania w miejscu pracy.

Jak wyjaśnia ks. Sprizzi, zatwierdzony w grudniu przez Papieża nowy statut ULSA jest wyrazem szczególnej troski o świat pracy w Stolicy Apostolskiej. „Została wzmocniona reprezentatywność oraz misja jedności i promocji Urzędu Pracy, według wizji św. Jana Pawła II i kolejnych papieży” - zaznacza ks. Sprizzi, podkreślając, że nie oznacza to ograniczenia ochrony pracowników, lecz jej dalsze umacnianie „w duchu dialogu i wzajemnego zaufania”.
CZYTAJ DALEJ

Patron Dziennikarzy - św. Franciszek Salezy

Niedziela rzeszowska 5/2003

commons.wikimedia.org

Św. Franciszek Salezy

Św. Franciszek Salezy
24 stycznia dziennikarze czcili swojego patrona św. Franciszka Salezego, biskupa i doktora Kościoła. W tym roku, w naszej diecezji wspomnienie to miało szczególne znaczenie, ze względu na obchody 100- lecia pobytu w Jaśle, Sióstr Wizytek, zakonu kontemplacyjnego Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Zakon ten został założony właśnie przez tego Świętego. Na jubileusz ten nakłada się okrągła rocznica 400-lecia sakry biskupiej św. Franciszka Salezego. Akt ten miał miejsce 8 grudnia 1602 r. Jest więc okazja, by przypomnieć tą wspaniałą postać, polecając jego opiece wszystkich tych, którzy służą słowem pisanym, mówionym w radio i w telewizji. Św. Franciszek Salezy urodził się 23 sierpnia 1567 r. w rodzinnym zamku w Thorens, niedaleko Annecy we Francji. Ojciec planował dla syna wielką karierę. Zapewnił mu znakomite wykształcenie, najpierw w Annecy, potem w Paryżu i w Padwie. Po uzyskaniu na Uniwersytecie w Padwie doktoratu z zakresu prawa cywilnego i kanonicznego Franciszek powrócił do domu. Ojciec chciał, żeby został adwokatem i członkiem Senatu w Chambery. Upatrzył już nawet dla niego narzeczoną. Franciszek jednak, niemal wbrew ojcu, postanowił zostać kapłanem. Do swoich studiów prawniczych i literackich dołączył teologię. Kiedy otrzymał godność dziekana Kapituły Kanoników w Genewie, ojciec zgodził się z jego planami. Franciszek przyjął święcenia kapłańskie 18 grudnia 1593 r. Prawie rok później, 14 września 1594 r., biskup Genewy de Grenier wysłał go - młodego kapłana w okolice Chabalais. Ks. Franciszkowi towarzyszył jego krewny, kanonik Louis de Sales. Mieli oni tam, w okolicach jeziora Leman, odnowić wiarę katolicką. Obszar ten, bowiem został podbity w 1536 r. przez protestanckich Berneńczyków. Potem został zwrócony księciu Sabaudii. Pośród uprzedzeń, przeciwności i opozycji ks. Franciszek Salezy rozpoczął swą misję, która wytyczyła odtąd kierunek jego życia. Swoją modlitwą, pokutą, nauczaniem i pisarstwem potrafił on nawrócić do Kościoła katolickiego cały ten region. Swoją duchowość oparł na trzech znaczących pojęciach: "pobożność, miłość i miłosierdzie". Streszczają one całą rzeczywistość życia wewnętrznego, wyrażające: świętość, pobożność, pietyzm, miłość, doskonałość i doświadczenie Boga. 8 grudnia 1602 r. Franciszek Salezy otrzymał sakrę biskupią w Thorens. Przez następne 20 lat jako gorliwy pasterz dokładał wszelkich starań, aby odrodzić wiarę w Kościele w duchu reform Soboru Trydenckiego. Jego działalność sięgała poza Sabaudię. Był uznanym kaznodzieją w Paryżu, Chambéry i w Dijon. W tym ostatnim mieście, będącym stolicą Burgundii poznał baronową Joannę de Chantal, z którą 6 czerwca 1608 r. założył Zakon Nawiedzenia Maryi Panny. Zakon ten został zatwierdzony jako żyjący we wspólnocie, kontemplacyjny. Mogły do niego wstępować również wdowy, pragnące poświęcić się życiu zakonnemu, których nie mogły przyjmować inne zakony. Jako biskup, Franciszek Salezy troszczył się zarówno o bogatych, jak i o biednych. Ci ostatni mieli u niego szczególne względy. Franciszek głosił nie tylko kazania, ale prowadził także obfitą korespondencję. W 1608 r. napisał, z myślą o ludziach świeckich, dzieło Filotea - Wstęp do życia pobożnego. W 1616 r. napisał drugie dzieło - Traktat o miłości Bożej. To dzieło skierowane było przede wszystkim do zakonników i duchownych. Obydwie pozycje należą do klasyki duchowości. Franciszek Salezy zmarł 28 grudnia 1622 r. w Klasztorze Sióstr Wizytek w Lyonie. Proces beatyfikacyjny wszczęto w 1661 r., kanonizacja odbyła się 19 kwietnia 1665 r. Aktu tego dokonał papież Aleksander VII. Papież Pius IX ogłosił św. Franciszka Salezego doktorem Kościoła 16 listopada 1877 r.
CZYTAJ DALEJ

Samobójstwo w imię postępu vs Leon XIV jako ostatni realista

2026-01-24 07:00

[ TEMATY ]

felieton

Samuel Pereira

Materiały własne autora

Samuel Pereira

Samuel Pereira

Papież – wbrew temu, co próbują dziś wmówić zachodnie elitom – nie jest reliktem minionej epoki ani hamulcowym postępu. Jego nauczanie okazuje się dziś czymś znacznie bardziej aktualnym i praktycznym: realnym wsparciem dla cywilizacji, która znalazła się w demograficznym potrzasku. USA i Unia Europejska starzeją się w tempie, jakiego nie znała nowożytna historia. Społeczeństwa bogacą się, a jednocześnie kurczą. I to nie jest przypadek, lecz efekt wyborów kulturowych.

Paradoks polega na tym, że te same kraje, które w imię radykalnej sekularyzacji odrzuciły chrześcijańską wizję człowieka, dziś popełniają na sobie narodowe samobójstwo. Aborcja stała się „modna”, wręcz tożsamościowa. Nie jako dramatyczny wyjątek, ale jako element stylu życia. Efekt? Cywilizacja, w której dziecko – świadomie lub nie – zaczyna być postrzegane jako zagrożenie: dla kariery, wygody, planów, narracji.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję