Reklama

Wiara

Kim byli mordercy Ulmów?

Mord na rodzinie Ulmów bulwersuje po dziś dzień. Czy sprawców tej zbrodni po wojnie spotkała sprawiedliwość? Odpowiedź na to pytanie może zaskoczyć.

Niedziela Ogólnopolska 27/2026, str. 22-23

[ TEMATY ]

błogosławiona rodzina Ulmów

NAC

Za pomoc Żydom w okupowanej Polsce płaciło się życiem. Pacyfikacje stanowiły element codzienności

Za pomoc Żydom w okupowanej Polsce płaciło się życiem. Pacyfikacje stanowiły element codzienności

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Trzy lata temu, w przededniu beatyfikacji rodziny Ulmów, nagłówki światowych mediów – od Watykanu, przez Rzym, Paryż, aż po Nowy Jork, Hanoi i Kapsztad – zaczęły odmieniać nazwisko polskich męczenników przez wszystkie przypadki. Świat usłyszał o ich heroizmie, poznał historię Józefa, Wiktorii i ich dzieci. Ale czy całą? Czy nawet u nas, w Polsce, wiemy o tym wszystko? Gdy opowiadamy o tragedii w Markowej, wzrok naturalnie kieruje się ku ofiarom – ku ich ludzkiej, chrześcijańskiej postawie, męczeństwie i niewyobrażalnemu cierpieniu. Pełne zrozumienie tej zbrodni wymaga jednak spojrzenia w drugą stronę – tam, gdzie stali ludzie w niemieckich mundurach i z karabinami w ręku. Kim byli wykonawcy wyroku?

Wartość niewinnego życia

Reklama

By odpowiedzieć na sformułowane powyżej pytanie, cofnijmy się do 24 marca 1944 r. Podkarpacka wieś Markowa pogrążona była jeszcze we śnie, gdy oddział niemieckich żandarmów wyjechał z Łańcuta w kierunku domu Józefa i Wiktorii Ulmów. Na miejsce dotarli, gdy słońce nie zdążyło jeszcze na dobre wstać nad gospodarstwem. Znaleźli się tam, gdyż polską rodzinę zadenuncjował miejscowy granatowy policjant Włodzimierz Leś – historycy z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczają, że pochodził z rodziny ukraińskiej. Wiedział on, że Ulmowie przez prawie 2 lata ukrywali ośmioro Żydów. Pełną świadomość swoich czynów mieli też Eilert Dieken, komendant posterunku w Łańcucie, oraz towarzyszący mu czterej żandarmi (nie licząc kilku granatowych policjantów, którzy byli tu raczej statystami). Prawo okupacyjne Generalnej Guberni, wydane z rozkazu Hansa Franka wobec Polaków ukrywających Żydów, przewidywało jedną karę – śmierć. Mimo to dowodzący akcją Dieken – jak zauważa dr Wojciech Hanus – mógł w przypadku dzieci i ciężarnej kobiety podjąć zupełnie inną decyzję. Nie uczynił tego jednak, postawił niemieckie prawo ponad wartość niewinnego ludzkiego życia.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Ludzie z sąsiedztwa

Historia Ulmów pokazuje ludzi doskonale wpisanych w mechanizm, który potrafił przemieniać pospolitość w narzędzie terroru, bo jakim trzeba być człowiekiem, by odebrać życie ciężarnej matce, 3-latkowi czy 1,5-rocznej dziewczynce – w takim wieku były najmłodsze dzieci Antoś i Marysia? Stawiając takie pytanie, nie chcę sprowadzać wartości życia do metryki, bo każda śmierć, niezależnie od wieku ofiary, bulwersuje, ale odebranie życia dziecku ze względu na uwarunkowania naszej kultury budzi tym większą odrazę. W grupie żandarmów dowodzonych przez Diekena nie znajdowali się żaden bandyta, były więzień czy zwyrodnialec. Były tam osoby szanowane, lubiane w swoim środowisku, tzw. ludzie z sąsiedztwa. Wywodzili się ze środowisk prostych, robotniczo-rzemieślniczych. Takim „zwykłym” człowiekiem był też dowodzący akcją Eilert Dieken. Przed wojną pracował jako czeladnik piekarski, później jako policjant. Josef Kokott z kolei, zanim wstąpił do niemieckiej żandarmerii, był ślusarzem, Erich Wilde – robotnikiem rolnym, a Michael Dziewulski – kominiarzem. O Gustavie Unbehendzie niewiele możemy powiedzieć z uwagi na ograniczony materiał źródłowy.

Reklama

Dlaczego mordowali? Czy mieli wyrzuty sumienia? – W zachowanej dokumentacji nie odnalazłem śladów wahań, sprzeciwu czy prób zakwestionowania sensu podejmowanych działań owych funkcjonariuszy. Przeciwnie – popełniane przez nich zbrodnie jawią się jako element normalnego wykonywania czynności służbowych. Zabijanie ludności cywilnej, w tym kobiet i dzieci, zostało w tym systemie znormalizowane i pozbawione jakiejkolwiek refleksji moralnej – zauważa dr Hanus.

Diabeł łańcucki

Z tego obrazu bezdusznych służbistów mordujących z poczucia obowiązku wyłamuje się jedynie Josef Kokott. Pamięć lokalnej społeczności przechowała tego czeskiego volksdeutscha jako człowieka skrajnie brutalnego, bezwzględnego, zdolnego do przemocy bez wyraźnej potrzeby. Nadano mu przydomek „diabeł łańcucki” i nie był to literacki ozdobnik. Z relacji świadków wyłania się obraz funkcjonariusza, który nie tylko wykonywał rozkazy, ale też często działał z własnej inicjatywy. Z akt śledczych wynika też jednoznacznie, że to on był bezpośrednim sprawcą zabójstwa co najmniej trojga dzieci Ulmów. To właśnie Kokott po wojnie okazał się jedynym ze sprawców odnalezionym przez polskie władze i pociągniętym do odpowiedzialności karnej. Dlaczego tylko on? Ponieważ wyróżniał się swoją brutalnością, czym zapadł w pamięć.

Nierozliczona sprawiedliwość

Reklama

Kolejny ze sprawców zbrodni w Markowej – Erich Wilde kilka miesięcy później brał udział w pacyfikacji Skalbmierza oraz w walkach o to miasto, gdzie doszło do starć z oddziałami Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich oraz Armii Ludowej. Nie dożył sprawiedliwości, poległ w walkach 5 sierpnia. Powojenne losy Michaela Dziewulskiego oraz Gustava Unbehenda z uwagi na skąpe archiwalia są trudne do ustalenia. Istnieją poszlaki wskazujące na to, że Unbehend, podobnie jak Eilert Dieken, pochodził z Dolnej Saksonii. Był weteranem I wojny światowej, a w styczniu 1941 r. rozpoczął służbę jako funkcjonariusz żandarmerii niemieckiej na posterunku w Łańcucie. Mógł przeżyć wojnę i wrócić do Niemiec, a następnie brać udział w założeniu w swojej rodzinnej miejscowości lokalnych struktur CDU.

Powojenny pragmatyzm

Najbardziej bulwersują powojenne losy osoby, która mogła powstrzymać machinę śmierci w Markowej. Dieken wrócił do Niemiec i tam żył dalej jako człowiek szanowany w swojej społeczności. Nikt go nie ścigał, nikt nie zarzucał mu morderstwa. Jak to możliwe? Po pierwsze, nie należał do SS ani NSDAP, co w powojennych procedurach miało niebagatelne znaczenie. Po drugie, niemiecka żandarmeria – mimo że odegrała kluczową rolę w okupacyjnym terrorze – długo pozostawała na marginesie zainteresowania śledczych, którzy skupiali się na gestapowcach, wyższych urzędnikach i żołnierzach Wehrmachtu. Po trzecie, RFN potrzebowała urzędników, policjantów, ludzi z doświadczeniem. Zaczęła więc traktować przeszłość jak niewygodną szufladę: lepiej jej nie otwierać, jeśli ma się pilne sprawy państwowe. Sam Dieken nie ukrywał wojennej służby, gdy starał się o pracę w zachodnioniemieckiej policji. Napisał wprost, że służył w strukturach żandarmerii niemieckiej na terenie dystryktu krakowskiego. I co? I nic. Taka była siła powojennego pragmatyzmu: zbrodnia mogła zostać wpisana do życiorysu bez większego poruszenia, jeśli tylko pasowała do urzędowego formularza i nie przeszkadzała w bieżącej pracy instytucji.

Najważniejszy fakt pozostaje jednak niezmienny. Ulmowie zostali zabici, bo ośmielili się ratować innych. Ich mordercy nie stanęli od razu przed sprawiedliwością, bo po wojnie zbyt wiele państw wolało składać życie na nowo niż cierpliwie wydobywać z ruin nazwiska winnych.

2026-06-29 17:36

Oceń: +11 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pierwsza szkoła w diecezji rzeszowskiej otrzymała patronat bł. Rodziny Ulmów

Niepubliczna Szkoła Podstawowa w Błędowej Zgłobieńskiej otrzymała patronat bł. Rodziny Ulmów z Markowej. Uroczystości odbyły się 20 września 2024 r. Mszy św. przewodniczył bp Jan Wątroba, który dokonał również poświęcenie sztandaru.

Mszy św. w kościele pw. Św. Wojciecha w Błędowej Zgłobieńskiej przewodniczył bp Jan Wątroba, zaś w koncelebrze uczestniczyli: ks. Witold Gurda, postulator procesu beatyfikacyjnego Rodziny Ulmów, ks. Janusz Winiarski, dziekan dekanatu Rzeszów-Zachód, ks. Mariusz Matuszewski, dziekan dekanatu Rzeszów-Wschód oraz ks. Stanisław Szeliga, proboszcz parafii w Błędowej Zgłobieńskiej.
CZYTAJ DALEJ

Kto otwiera dłoń, temu otwiera się wnętrze

[ TEMATY ]

Ks. Krzysztof Młotek

Glossa Marginalia

Adobe Stock

„Ku wolności wyswobodził nas Chrystus”. Wczorajsze zdanie wraca jako nagłówek całego rozdziału o wolności, a Paweł natychmiast pokazuje, że jest ona dla niego przedmiotem sporu na śmierć i życie: „oto ja, Paweł, mówię wam: jeżeli poddacie się obrzezaniu, Chrystus wam się na nic nie przyda”. Uroczyste „ja, Paweł” brzmi jak podpis pod aktem. Sprawa dotyczy roszczenia, jakie z rytem związano. Kto przyjmuje obrzezanie jako warunek zbawienia, ten „zobowiązany jest wypełnić całe Prawo” i przenosi ufność z Chrystusa na system własnych wykonań. „Zerwaliście z Chrystusem wszyscy, którzy szukacie usprawiedliwienia w Prawie; wypadliście z łaski”. Zdanie o „wypadnięciu z łaski” (exepesate tēs charitos) jest jednym z najpoważniejszych w całym Corpus Paulinum. Łaskę można utracić nie tylko przez rozwiązłość, także przez religijną buchalterię, która chce się przed Bogiem wylegitymować sobą. Alternatywę Paweł opisuje jako oczekiwanie: „my zaś z pomocą Ducha dzięki wierze wyczekujemy spodziewanej sprawiedliwości”. Nadzieja zamiast roszczenia, wyczekiwanie zamiast faktury. Finał daje formułę, która godzi wszystkie spory o wiarę i uczynki, zanim wybuchły: „w Chrystusie Jezusie ani obrzezanie, ani jego brak nie mają żadnego znaczenia, tylko wiara, która działa przez miłość”, po łacinie fides quae per caritatem operatur. Wiara działa, a działa przez miłość. Scholastyka zrobi z tego wersetu definicję wiary uformowanej (fides caritate formata). Dzisiejszy patron, bł. Honorat Koźmiński, jest ilustracją tej formuły w polskich dziejach. Kapucyn zamknięty przez zaborcę w klasztornej klauzurze, pozbawiony zwyczajnych narzędzi działania, stworzył z konfesjonału dziesiątki ukrytych zgromadzeń bezhabitowych. Wiara, której odebrano wszystko oprócz miłości, znalazła drogę, bo miłość jest drogą, której zamknąć się nie da.
CZYTAJ DALEJ

Bp Lityński do kleryków: Wzrastajcie, pomimo przeszkód – łaski Pana wam nie zabraknie!

2026-10-13 17:48

[ TEMATY ]

inauguracja roku akademickeigo

Wyższe Seminarium Duchowne w Gorzowie Wlkp.

Karolina Krasowska

Na pierwszym roku formację do kapłaństwa podejmuje 6 kleryków

Na pierwszym roku formację do kapłaństwa podejmuje 6 kleryków

W Wyższym Seminarium Duchownym w Gorzowie Wlkp. 13 października odbyła się uroczysta inauguracja roku akademickiego. Na pierwszym roku formację do kapłaństwa podejmuje 6 kleryków.

Tegoroczna inauguracja odbyła się po raz 80. w historii Zielonogórsko-Gorzowskiego Wyższego Seminarium Duchownego. Rozpoczęła się w seminaryjnej kaplicy od Mszy św., której przewodniczył bp Tadeusz Lityński. Homilię wygłosił bp Adrian Put, który podkreślił, że decyzja o kapłaństwie musi dokonać się w wolności kandydata. - 6 lat tego czasu tutaj jest po to, żeby dojrzeć do tej wolności, którą przynosi nam Ewangelia. "Czy chcesz?" Nie czy będziesz dobry księdzem, nie czy będziesz duże grupy prowadził formacyjne, nie czy będziesz piękne kościoły budował albo świetne grupy Caritas prowadził. Na początku będzie ciebie biskup pytał: "czy chcesz?", "czy jest w tobie tyle wolności, która płynie z Ewangelii, aby podjąć się tego zadania?" – mówił bp Adrian Put. - Wiecie, że czasami są bracia, którzy z różnych powodów mówią: "A jednak nie". To ja dzisiaj was proszę i dzisiaj do was kieruję to słowo. To zanim będziesz odpowiadał biskupowi w katedrze i będziesz słyszał ten głos pełen ufności, wiary, nadziei, ale i trochę lęku, to dojrzyj do tego, żeby odpowiadać w wolności: "tak, chcę". Bo dzisiaj nikt ci nie zagwarantuje, co będziesz robił – kontynuował biskup. - Z biskupem diecezjalnym mamy takie doświadczenia, jak jeździmy po wizytacji szczególnie w tym okresie albo w okresie zimowym, ilu naszych braci w tym okresie tak naprawdę stać tylko na to, żeby ogrzać sypialnię i trochę łazienki, ale są wśród tych ludzi. Ilu naszych braci zmaga się z wieloma remontami, różnymi trudnościami, ale są, bo odpowiedzieli sobie na pytanie, dlaczego chcę, jaka jest moja wolność. Są takie wioski ciągle na naszym terenie, gdzie państwa polskiego już dawno nie ma. Nie ma policji, nie ma szkoły, nie ma poczty, nie ma nawet przystanku autobusowego, ale jest kościół, do którego systematycznie przyjeżdża ksiądz. Tam nawet młodych już nie ma, ale przyjeżdża ksiądz, który głosi Ewangelię Bożą i ile razy było słychać, że tylko ksiądz nam tutaj został – zauważył bp Put. - Więc ja wam nie zagwarantuje, biskup diecezjalny wam nie zagwarantuje tego czy będziecie pracowali na wielkiej parafii i mieli sukcesy, czy będziecie na małej wspólnocie parafialnej, gdzie trzeba będzie troszkę walczyć też o byt. Niczego wam zagwarantować nie możemy poza Ewangelią Jezusa Chrystusa i poza wolnością, do której wzywa nas Chrystus. Więc bardzo pokornie was proszę, abyście ten czas seminaryjny wykorzystali na to, aby dojrzeć w wolności do odpowiedzi na pytanie: "czy chcesz?". Nikt ciebie do święceń nie będzie popychał. To musi być twoja i tylko wyłącznie twoja wolna wola. Chcę, bo wiem, że skoro chcę, to Pan ma dla mnie jakiś plan. I czy będę tam, czy będę gdzie indziej. Czy będę w takiej wspólnocie, czy innej, czy będę miał takie zadanie czy inne, to będzie to moje miejsce zbawienia w wolności – podkreślił biskup.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję