Reklama

Niedziela Legnicka

Chojnowscy Strzelcy na Kresowych mogiłach Polaków

2019-08-13 12:55

Niedziela legnicka 33/2019, str. 6-7

[ TEMATY ]

historia

Michał Borkowski

Msza św. przy grobie proboszcza Kowalówki

Strzelcy z Chojnowskiej Drużyny Strzeleckiej im. 19. Pułku Piechoty Odsieczy Lwowa w dniach 8-19 lipca br. wzięli udział w akcji „Mogiłę Pradziada ocal od zapomnienia”. Dziś druga część wspomnień.

Praca i lekcja historii

W kolejnym dniu pobytu zostało odnowionych kilka następnych nagrobków, a cięte na „metry” wiatrołomy poukładane zostały w sztaple. Po obiedzie nadszedł czas, aby zobaczyć twierdzę w Kamieńcu Podolskim, o którą rozbiła się niegdyś potęga turecka. Dzięki odwadze polskich rycerzy dziś możemy mówić po polsku i modlić się w Kościele katolickim. Niestety, nie było dane Strzelcom wejść do twierdzy, gdyż dość wcześnie ją zamykają, ale przynajmniej z zewnątrz można było obejrzeć znane z historii mury. Msza św. odprawiona na uświęconym krwią obrońców chrześcijaństwa miejscu była bardzo podniosła. Jak dowiedzieliśmy się, tu wszędzie jest ogromna liczba pogrzebanych ludzi, którzy zginęli tylko dlatego, że wyznawali wiarę w Chrystusa. Mordowani na ogromną skalę całymi rodzinami wrzucani byli do wykopanych dołów śmierci. Niektórzy nie zginęli od razu, a oprawcy nie okazali im miłosierdzia, dobijając rannych. Jak bardzo musieli cierpieć, gdy zasypywano ich wapnem. „Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie!”.

Modlitewna niedziela i spotkanie z rodakami

Niedziela dniem odpoczynku, ale tylko od ciężkiej pracy fizycznej! Strzelcy ten świąteczny dzień spędzili „na baczność”. Najpierw w Brzeżanach, gdzie w trakcie Mszy św. odprawionej przez kapelana ks. ppor. Łukasza Świerniaka w koncelebrze z proboszczem tutejszej parafii ks. Andrzejem Remieńcem, wspomniano 76. rocznicę „Czarnej Niedzieli”. Modliliśmy się o życie wieczne dla Polaków zamordowanych w tzw. Rzezi Wołyńskiej, ale także o miłosierdzie Boże dla ich oprawców. Podczas tej modlitwy wystąpiliśmy w mundurach i z biało-czerwonym sztandarem, na którym wyszyto orła w koronie. Było to ogromnym przeżyciem dla miejscowych Polaków. W międzyczasie nawiedziliśmy miejscowy cmentarz i idąc alejkami, czytaliśmy napisy na nagrobkach. Wiele z tych grobów kryje szczątki oficerów 51. Pułku Ułanów Jazłowieckich, będącego rezerwowym dla bardzo bliskiego strzeleckim sercom 19. Pułku Piechoty Odsieczy Lwowa. Strzelcy uczcili pamięć żołnierzy przy pomniku wojny polsko-bolszewickiej. Na ręce ks. Andrzeja przekazali przywiezione z Polski dary ofiarowane przez Strzelców, członków ich rodzin, mieszkańców Chojnowa, redakcję „Niedzieli Legnickiej”, Stowarzyszenie Głogowska Edukacja Kresowa, oraz poseł Ewę Szymańską i senator Dorotę Czudowską. Były to zarówno obrazki ze świętymi, różańce, książki religijne, jak i bardziej przyziemne: ubrania robocze, rękawice i środki czystości. Strzelcy wybrali się także na cmentarz do Buszcza.

Reklama

Kolejne dni pracy i archiwizacja nekropolii

Nowy tydzień rozpoczął się pracowicie. Znowu koszono i wynoszono rosnące na wysokość do dwóch i pół metra pokrzywy pomieszane z gęstymi krzakami, usuwano leżące wiatrołomy. Przystąpiliśmy też do wykonywania odręcznego planu porządkowanej nekropolii oraz zdjęć każdego z odsłoniętych nagrobków. Po odpowiednim oznaczeniu zdjęcia te zostaną udostępnione na stronie FB Chojnowskiej Drużyny Strzeleckiej z prośbą o pomoc internautów w odczytaniu napisów, które czas zatarł. Następnie rozłożyliśmy przy odsłoniętych nagrobkach zapalone znicze i rozpoczęliśmy przygotowania do Mszy św. polowej. Nasz kapelan ks. Łukasz odnalazł grób z 1891 r. Był to grób proboszcza parafii w Kowalówce, przy którym to nagrobku ksiądz spędził wiele godzin, by go odrestaurować. Właśnie na tym grobie odprawiona została Msza św., poprzedzona wciągnięciem na zaimprowizowany maszt polskiej bandery i odśpiewaniem Mazurka Dąbrowskiego.

Pożegnanie z Kowalówką i wizyta we Lwowie

Przed odjazdem z Kowalówki uczczono także leżących na tym cmentarzu, a kiedyś po sąsiedzku żyjących z Polakami, mieszkańców w tej parafii. Na zaimprowizowanym maszcie, zgodnie z miejscem położenia geograficznego, zawiesiliśmy flagę ukraińską, a pod nią polską i zostawiliśmy obie, mając nadzieję, iż przetrwają do następnego roku.

Po ciężkiej pracy fizycznej, jako zakończenie tej żywej lekcji historii, Strzelcy poznali jeszcze piękny Lwów. Mł. Inspektor ZS Eryk Matecki, który jest komendantem Jednostki Strzeleckiej we Lwowie, pokazał Strzelcom Cytadelę Lwowską, w której stacjonował niegdyś 19. Pułk Piechoty Odsieczy Lwowa, co było wielkim przeżyciem, bo chojnowscy Strzelcy przyjęli właśnie ten pułk jako swego „patrona”. Pełna nazwa Drużyny brzmi właśnie Chojnowska Drużyna Strzelecka im. 19. Pułku Piechoty Odsieczy Lwowa. Pokazano Strzelcom także dom, w którym przez kilka lat mieszkał marszałek Józef Piłsudski, a także inne zabytki kultury polskiej, jakie zachowały się w tym mieście. Inspektor Eryk Matecki zaprowadził Strzelców także do szkoły, w której uczy się polska młodzież mieszkająca we Lwowie. Na ręce dyrektora tej placówki przekazano chemię gospodarczą i przybory szkolne zebrane przez Strzelców z naszej drużyny, jak też ofiarowane przez Ewę Szymańską, Dorotę Czudowską oraz prezesa POL-MIEDŹ TRANS sp. z o.o. jako wsparcie w trudnym dziele utrzymania polskiej tożsamości na tym terenie. Dyrektor Szkoły im. Marii Magdaleny pan Ryszard Vincenc pokazał nam piękne polichromie odkryte podczas remontu tej placówki i odnowione staraniem polskich organizacji zajmujących się ratowaniem zabytków.

Powrót do kraju

Dzięki dobremu kierowcy panu Michałowi Borkowskiemu z chojnowskiej firmy AW sprawnie zostały załatwione wszystkie formalności i już nad ranem Strzelcy byli w swojej kwaterze strzeleckiej w Chojnowie. Ogromna wdzięczność należy się panu Michałowi, bo nie tylko jest świetnym kierowcą, który zapewnił Strzelcom bezpieczeństwo podczas podróży, ale wraz z nimi pracował fizycznie na cmentarzu w Kowalówce, w międzyczasie przy pomocy aparatu fotograficznego dokumentując wszystko, co zostało zrobione.

* Autor jest komendantem Chojnowskiej Drużyny Strzeleckiej

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pamiętniki z Powstania Styczniowego, Ludomira Grzybowskiego

2020-01-22 14:52

[ TEMATY ]

historia

Powstanie Styczniowe

Archiwum rodzinne

Ludomir Grzybowski

…”Kiedy w roku 1861 rozpoczęły się manifestacje, byłem aplikantem sądowym w sądzie poprawczym. Podmuch do wspomnianych manifestacji, a w następstwie i zaburzeń w Polsce, przyszedł z zagranicy, o ile wiem, z Anglii.

Nie bawiłem się nigdy dyplomacją, więc nie znam powodów, jakie skłoniły Anglię do podniecenia umysłów, wzbudzenia nadziei, słowem do obudzenia patriotyzmu w narodzie (któren co prawda był uśpiony), a tym samym do wywołania zaburzeń wewnątrz państwa rosyjskiego; to tylko pewne, że tak było.

Na prowincji rozpoczęły się manifestacje śpiewaniem pieśni patriotycznych, jak: „Boże coś Polskę”, „Z dymem pożaru” itp., po kościołach, pod figurami, krzyżami etc. Następnie sprawieniem chorągwi do kościołów z godłami: Orła Białego w czerwonym polu, Pogoni w niebieskim. Dalej ubiorami polskimi, mianowicie czamarkami, konfederatkami, żupanami, a niekiedy i kontuszami. W końcu urządzano procesje na odpusta, z chorągwiami, obrazami pod przewodnictwem księży i z pieniem pieśni patriotycznych, do których to procesji należała tak zwana wyższa sfera. Było w tych pielgrzymkach odrobinę nabożeństwa a dużo profanacji, bo szli tacy, którzy w zwykłych warunkach nie byliby się chcieli pokazać, wobec zaś prądu patriotycznego wychodzili pierwsi, aby byli widziani, śpiewali najgłośniej aby byli słyszani, grozili najbardziej aby ich miano z najodważniejszych. Każden chciał się odznaczyć bo była pora ku temu, bo nikt za to nic nie mówił bo nikogo do żadnej odpowiedzialności nie pociągano.

W Warszawie zaś, zgromadzał się naród przed figurami świętych, statuami Matki Boskiej, na ulicach: Leszno, krakowskie Przedmieście, Stare Miasto i tam śpiewy i modły odprawiał…

Był naówczas namiestnikiem w Królestwie Polskim

z rezydencją w Warszawie książe Gorczakow i czy te obawy uważał za nic nieznaczące, czy traktował to jako zabawkę dziecinną, czy wreszcie z rozmysłem działając patrzał przez szpary aby późniejsze następstwa jakie zarządził były usprawiedliwione, dość że policja przeszkód żądnych nie czyniła. To pobłażanie władzy poczytał lud za obawę i dowód jej słabości, a podżegacze zapewniali zwycięstwo nad wojskiem niedostatecznym do zwalczenia ludności Warszawy. Jawnie więc zapowiedziano, że w dniu 25 lutego obchodzić będą rocznicę bitwy pod Grochowem. Władza zamiast zapobiec temu zbiegowisku, Rynek Starego Miasta, gdzie zapowiedziany był obchód, poleciła uprzątnąć ze wszystkich na nich będących straganów, zamieść i oczyścić. W oznaczonym dniu tj. 25 lutego z rana kilkaset osób wyszło na Pola Grochowskie i odśpiewawszy kilka pieśni narodowych spokojnie wrócili do miasta. Następnie przed wieczorem zebrały się tłumy naprzód na Rynek Starego Miasta a potem do kościoła Ducha Świętego. Po nabożeństwie wyszli procesjonalnie z pochodniami i chorągwiami o barwach narodowych, zamierzając przejść Krakowskie Przedmieście do kościoła Św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Lecz pochód ten został wstrzymany przez wojsko, przy czym doszło do krwawego starcia, bo dużo osób było mniej lub więcej rannych. Jeszcze przed manifestacjami za zezwoleniem Rządu utworzone było Towarzystwo Rolnicze, w skład którego wchodzili obywatele ziemscy a prezesem tego Towarzystwa był hr. Andrzej Zamoyski. W skutkiem zatrważających pogłosek, jakie rozeszły się po mieście, Andrzej hr. Zamoyski na czele zebranej deputacji udał się do Księcia Gorczakowa z przedstawieniem względniejszego obchodzenia się z rozgoryczonym ludem. Księże Gorczakow zaręczał, że nikt życia w tym starciu nie stracił i że nie będzie mściwym ale żadnych ustępstw nie myśli robić zbuntowanemu ludowi. Lecz nie dotrzymał obietnicy, bo w dwa dni potem oddał władze bezbronnemu ludowi a stało się to w sposób następujący.

Dnia 27 lutego w kościele oo. Karmelitów na Lesznie

pod pozorem pomodlenia się za poległych w starciu, o jakim wyżej była mowa, zebrała się masa różnorodnego ludu. Po modlitwie wyszli z kościoła i uszykowawszy się w czwórki, bez księży i śpiewów, ruszyli z zamiarem przejścia ulicą Długą na Krakowskie Przedmieście do Pałacu Namiestnikowskiego gdzie Towarzystwo Rolnicze odbywało swe posiedzenia, aby się z obradującymi połączyć. Książe Gorczakow wydał rozkaz, aby wojsko tj. kozacy i piechota zaczaili się kolo zamku i uderzyli na tłum przy wejściu ze Starego Miasta. Wtedy to nastąpiło groźniejsze od pierwszego starcie, bo kozacy bili i kaleczyli naród, a piechota sobą zagrodziła przejście przed gmachem dobroczynności. Lud bronił się , czym kto mógł, laskami, parasolkami a w końcu kamieniami. Piechota dała ognia z karabinów i położyła trupem pięciu. Po tej krwawej scenie tłumy rozbiegły się na wszystkie strony a wojsko zajęło stanowisko przed pałacem namiestnikowskim, aby nie dopuścić połączenia się z ludem obradującym członkom Towarzystwa Rolniczego. Lud porwał ciała pięciu poległych, nosił po ulicach i przeklinał zabójców, poprzysięgając zemstę. Książe namiestnik widząc, że głupstwo się stało, nie wiadomo, czy ze strachu wobec oznajmienia delegacji, dość groźnego, że lud zbroi się w noże i siekiery, czy dla braku dostatecznej, jak utrzymywano, załogi wojskowej, czy jak głoszono wskutek telegraficznego rozkazu z Petersburga, dość że nazajutrz po dniu niewinna krwią naznaczonym książe Gorczakow wydał proklamację do mieszkańców Warszawy, że policmajster, który w dniu 25 lutego napadł na lud, otrzymał dymisję, a jenerał, który w dniu 27 lutego nakazał strzelać do ludu, oddany pod sąd. Przy tym udziela pozwolenia pogrzebu poległych z tym, aby utworzyć straż obywatelską i z uczni szkół publicznych dla utrzymania w mieście porządku, bo ani policja, ani wojsko do czasu ukończenia pogrzebu nie pokaże się na ulicach.

Takim sposobem książe Gorczakow zrzekł się władzy, a obywatele tak miejscy, jak wiejscy oraz studenci jako konstable utrzymywali porządek.

Kiedy Wielki Książe Konstanty

przybył wraz z żoną na mieszkanie do Warszawy, nie był ani witany, ani przyjmowany tak jak powinno było być, wobec przybywającego nadawcy czy wskrzesiciela praw i swobód narodowych, bo Polacy już marzyli o czym innym, bo pragnęli zmiany panującego, bo chcieli mieć na tronie nie Moskala ale Polaka, bo chcieli mieć Polskę i Litwę i wszystkie kraje, jak za czasów Jagiełły. A że tego od razu stosowanie do życzenia nie otrzymali, więc utworzył się Rząd Narodowy, który wydawał proklamacje, rozporządzenia itp. Między innymi polecał odbierać od wszystkich dobrze myślących polaków przysięgę, która była bardzo krepująca, bo wymagała ślepego posłuszeństwa Rządowi Narodowemu, bo nie wykonanie jakiego bądź rozkazu, choćby on w własnym przekonaniu był zbrodnią, stanowiło złamanie przysięgi. Takie stawał się już krzywoprzysięzcą i mógł być skazany na karę śmierci. Przysięgający obowiązany był na każde wezwane Rządu Narodowego stawić się w miejsce oznaczone i stosownie do okoliczności chwycić za bron i walczyć do ostatniej kropli krwi, aż się wroga wytępi, czy tez iść inną drogą, tj. podstępem, chytrością etc., etc. I wobec rozbudzonych, roznamiętnionych uczuć narodowych, ile wiem, młodzież przysięgę wykonywała i gotowa była na każde skinienie iść na ofiarę, bo tego Rząd Narodowy wymagał.

Kto był ten Rząd Narodowy, gdzie jego siedlisko, kto wchodził w skład jego, czy odbywały się jakie gremialne posiedzenia, wspólne narady, czy tylko członkowie tego Rządu Narodowego, każden na swoją rękę, wedle swego widzimisię wydawał rozkazy i rozporządzenia, nic i nikomu nie było wiadomym. Przyłożona pieczęć z wyobrażeniem Orła Białego w czerwonym polu i Pogoni w niebieskim, z napisem: ”Rząd Narodowy”, stanowiło wszystko. A kto odebrawszy jaki bądź rozkaz z takim godłem takowego co do litery nie wykonał, już był zakwalifikowany na karę śmierci. I byli tak zwani sztyletnicy, którzy takie wyroki Rządu Narodowego wykonywali. Były znów losowania i na kogo padł taki los, bez względu na to co go czeka, musiał spełnić rozkaz, bo inaczej byłby zasztyletowany. Taki właśnie los spadł na niejakiego Jaroszyńskiego, aby zabił Wielkiego Księcia Konstantego.

Wielcy Księstwo Konstantowie

byli względnie sympatycznie usposobieni do Polaków. Chcieli zdaje się nawzajem, aby i Polacy opłacali się sympatią. Aby dać dowód jednoczenia się z Polakami, kiedy narodził im się syn w Warszawie, nadano mu imię Wacław. Chodzili i jeździli bez konwoju i straży, dając dowód ufności do Polaków. Ale to wszystko nic nie znaczyło, bo Polacy nie chcieli widzieć Moskala panującym i postanowili wszystkich wytępić. Otóż pewnego dnia, kiedy Wielki Książe wyszedł wraz z żoną, aby wsiąść do pojazdu, ów wylosowany Jaroszyński strzelił do niego z rewolweru. Kula utkwiła w szlifie, nie czyniąc żadnego obrażenia ciała. Jaroszyński został pojmany i osądzony jako królobójca na powieszenie. Strzelano również i do margrabiego, lecz margrabia po pierwszym chybionym strzale laską kilka razy uderzył owego śmiałka i ten ze strachu czy z bólu stracił tak przytomność, że więcej nie strzelał i policja go ujęła.

Po tych faktach Margrabia Wielopolski zarządził pobór do wojska(rozumie się ruskiego) wszystkich młodych ludzi, w mniemaniu zapewnie, że tym sposobem przetnie wszystkie wybryki. Z obawy, aby i mnie nie wzięli, wyjechałem na wieś do znajomych. W parę dni przyszła wiadomość, że Rząd Narodowy, przeciwdziałając rządowi ruskiemu, wydał rozkaz, aby wszyscy młodzi ludzie chwycili za bron i stanęli do walki przeciw wrogom. Niestety, cóż to za broń, trochę dubeltówek i kos, a co za żołnierze? Trochę urzędników, trochę uczni ze szkół, trochę szlachty, którzy pozabierali za sobą ekonomów, lokai i stangretów. A tu armia ruska wyćwiczona, umontowana, z zapewnieniem przebywania wszędzie, gdzie się podobało, czy po miastach, czy po wsiach, opatrzeni w odzież, żywność etc, etc. A Polacy nigdzie punktu oparcia, nigdzie miejsca swobodnego do jakiegoś zorganizowania się, bo niby w swoim kraju ale gorzej wychodziło jakby na obczyźnie, bo tu każden chłop był wróg i nie rzadko chłopi łapali powstańców i oddawali w ręce Moskali, a ile namnożyło się szpiegów, donosicieli etc. Wszystko to bowiem szło do przewagi, do siły, słowem, do mocniejszego.

Więc tedy wybuchło powstanie i były dwa rządy: ruski i tzw. Rząd Narodowy Polski, i obydwa wydawały rozporządzenia, rozumie się wprost sobie sprzeczne. Urzędnicy odbierali rozkazy od Rządu Narodowego z poleceniem wykonania takowych pod karą śmierci. Od rządu zaś ruskiego przeciwnie, z zagrożeniem dymisji i odpowiedzialności osobistej. I tak na przykład Rząd Narodowy wydał i rozesłał do wszystkich naczelników powiatu rozporządzenie, aby nakazali młodym ludziom zdolnym do noszenia broni stawić się do wojska polskiego formującego się w danym miejscu. Więc niektórzy naczelnicy przed odebraniem przeciwnego polecenia rządu ruskiego wydali do wójtów gmin w myśl tego odpowiednie rozkazy. Czytałem taki w oryginale okólnik naczelnika powiatu stepnickiego, aby „wszyscy młodzi ludzie chwycili za broń i stawili się pod sztandary polskie”.

Małogoszcz, licha bardzo mieścina, starodawnego typu budynki, przeważnie drewniane, zamieszkane przez mieszczan-rolników, a częścią i Żydów. Otoczone ze wszystkich stron lasami i górami. Samo zaś miasteczko rozpołożone w dolinie. Przybyliśmy w sobotę witani uroczyście, bo wyszła naprzeciw nam procesja z chorągwiami, obrazami. Księża na czele i mnóstwo ludu. Wprowadzeni tak do miasteczka rozlokowaliśmy się po domach, a Langiewicz ze sztabem zajął kwaterę na plebanii… Tam staliśmy dni kilka, nikt nas nie niepokoił. Odbywaliśmy musztry i ćwiczenia. Było nas tedy w Małogoszczu około pięciu tysięcy, zresztą sądzę, że nikt tego dokładnie nie wiedział, bo nie było godziny, aby bądź mniejsze oddziały, bądź pojedynczo nie przybywali. Nareszcie po tygodniowym postoju oznajmiono nam, że nazajutrz będzie bitwa, bo Moskale się zbliżają. Jakoż z rana zaczęto nas rozprowadzać na pozycje, ale tylkośmy wyszli z miasta, dały się słyszeć za nami strzały karabinów… Cały batalion nasz był uzbrojony w dubeltówki, które w najlepszym razie mogły szkodzić przeciwnikowi na 150 do 200 kroków. Moskale stali od nas na jakie 1500 do 2000 kroków, bo widzieliśmy ich i przedstawiali się oczom naszym jak jakieś punkciki małe i z tych punkcików wylatywało trochę dymu, a potem huk. Kule zaś ich karabinów nie tylko dochodziły do nas, ale przenosiły poza nasze pozycje… Stałem frontem zwrócony do nieprzyjaciela czekając na sposobność wystrzelenia choćby z jednej z lufy, kiedy naraz tak silnie zostałem w piersi uderzony, że zachwiałem się i na wznak upadłem. Doznałem takiego w całym ciele wstrząśnienia, że byłem pewny, iż kula przeszyła mnie na wylot, bo jednocześnie doznałem bólu w piersiach i krzyżu; ponieważ mimo to przytomności nie straciłem, począłem ręką po krzyżu szukać, czy nie ma otworu, którym by kula wyszła, a nieznalazłszy żadnej skazy w surducie podniosłem się, a trakcie też tym rozpoczął się odwrót vel rejterada. Przeszliśmy przez las, przez rzeczkę koło młyna „Bocheniec” zwanego i wydostali się na łąki i pola. Tuz za nami, jak spod ziemi wyrośli, zjawili się dragoni ruscy i poczęli rozwijać front, sposobią się widocznie do szarży…

Siedziałem w tej Rudzie Promnickiej jak mysz w pudle, a chociaż jeszcze o ruchach wojsk ruskich wiadomość od dworu do dworu nadchodziła, więc jak tylko dano znać, wynosiłem się w las i tam czasami całe dnie, a niekiedy i noce, przebywałem. Nie zawsze jednak mogli zdążyć wysłać ostrzeżenie, a czasami posłańcy byli chwytani, wtedy znienacka Moskale nadchodzili...Prawdopodobnie w tym razie tak się też stało, że jednej nocy rozbudzony hałasem i niezwykłym ruchem koło dworu, zerwałem się, a wyjrzawszy oknem, zobaczyłem cały dom dookoła otoczony wojskiem... Otworzono drzwi i wszedł oficer od piechoty z kilkoma żołnierzami. Zrobili rewizje w pokoju, a mnie kazano wstać, ubrać się, mówiąc, że jestem aresztowany…

Ledwieśmy się rozejrzeli po tym niby odwachu, a właściwie kozie, gdzie złodziei i włóczęgów trzymali, przyszedł oficer dyżurny z dwoma żołnierzami i zapytał: „Któren to Pan Grzybowski?”, a gdym się odezwał, mówi: ”Proszę do jenerała”. Poszedłem pod eskortą na pierwsze piętro i tam mnie wprowadzili do gabinetu. Oficer żołnierzy zostawił ze mną, a sam wyszedł. Niezadługo słyszę ostrogi i wszedł pan jenerał. Usiadł na fotelu i zwyczajnym głosem zaczął wypytywać, gdzie byłem, w których oddziałach, w jakich bitwach, jaka była organizacja: „Wszystko tu jest zapisane i tyś dawno powinien być jeśli nie na szubienicy, to na Syberii”. Na wszystko odpowiadałem i na każde pytanie wymijająco. W końcu mówię: „jako Polak musiałem i powinienem był iść walczyć, inaczej wszyscy by mną pogardzali, tak jak ja sam sobą. Powinien ekscelencja uwzględnić, bo inaczej zrobić nie mogłem”…

Jednego razu przyjechał zwierzchnik jenerała Czengierego, jenerał Bellegarde, wieszatiel, drugi tom Murawiewa, tylko w mniejszym stopniu, ale także dużo ludzi wyprawił na tamten świat. Otóż ten wieszatiel wraz z Czengierym i ze świtą zwiedzał więzienie i do każdego numeru zachodził. Zjawili się i u mnie. Tego dnia na obiad przynieśli mi na misce kapuśniak, a w nim kawałek mięsa nadzianego na patyk. Nie mogłem jeść, więc nietknięte stało, kiedy weszli, pierwszy Bellegarde, za nim Czengiery itd. Bellegarde podszedł do miski, zaczął mieszać łyżką i pyta po niemiecku: „Was is das?”. Nie ma odpowiedzi. Zwrócił się do Czengierego z zapytaniem: „Szto, eto Niemiec?”. Tamten odpowiada: ”Niet, Polak”. „A za szto on siedit?”. Czengiery mu recytuje: „Był snaczała w bandie, posle zanimałsja unistom knig narodnonasilenia, a na koniec ostał kakim-to komisarom ichnaho rządu”. Po takiej rekomendacji struchlałem i nic nie mówiłem. Bellegarde wpatrzył się we mnie i mówi: „A wy szto na eto?”. Powiadam: „Byłem w powstaniu, ale żądnym komisarzem ani żadnym urzędnikiem nie byłem”. Bellegarde mówi: ”Ja by wam sowiet prawdu gawarit”. Odwrócił się i poszli wszyscy…

Po pięciu miesiącach siedzenia w „sekretnym” kazali mnie ponownie odstawić do komisji śledczej, w której rezydował pułkownik Sorniew, kilku innych oficerów, a jako asesor prowadzący badanie był porucznik Kuliczkowski…. cdn.

CZYTAJ DALEJ

Polscy duchowni wspierają inicjatywę ogłoszenia św. Jana Pawła II doktorem Kościoła

2020-01-25 09:25

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

biskupi

doktor Kościoła

Biały Kruk/Adam Bujak, Arturo Mari

Polscy księża przyłączają się do inicjatywy abp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, który zwrócił się do papieża Franciszka o ogłoszenie św. Jana Pawła II doktorem Kościoła i patronem Europy. W specjalnym liście proszą również, aby najbliższe dwa lata zostały poświęcone przemyśleniu nauczania świętego papieża.

W dokumencie kierowanym do abp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, księża dziękują za podjęcie inicjatywy ogłoszenia św. Jana Pawła II doktorem Kościoła i patronem Europy. Wspierając te działania podkreślają, że pontyfikat papieża-Polaka, jego świadectwo modlitwy i cierpienia kształtowały ich kapłaństwo i uczyniły z polskich duchownych – niezależnie od wieku – pokolenie Jana Pawła II.

Wspierając inicjatywę Przewodniczącego KEP, który w tej sprawie zwrócił się do papieża Franciszka, księża proszą również, aby najbliższe dwa lata w Polsce zostały poświęcone przemyśleniu nauczania świętego papieża.

Wyrażają także przekonanie, że włączenie św. Jana Pawła II do szlachetnego grona doktorów Kościoła będzie wielkim darem dla wierzących, a dla wszystkich zobowiązaniem do odkrywania prawdy zawartej w Jego dziedzictwie.

Publikujemy treść listu:

Warszawa, 24 stycznia 2020 r.

Jego Ekscelencja

Ksiądz Arcybiskup Stanisław Gądecki

Przewodniczący Episkopatu Polski

Czcigodny Księże Arcybiskupie,

Z wdzięcznością przyjęliśmy wiadomość, że Ksiądz Arcybiskup jako Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski zwrócił się z prośbą do Jego Świątobliwości Franciszka o ogłoszenie św. Jana Pawła II doktorem Kościoła i patronem Europy. Gorąco popieramy tę inicjatywę, prosząc zarazem o zgodę na to, aby w Polsce najbliższe dwa lata zostały poświęcone przemyśleniu nauczania Świętego Papieża.

Długość pontyfikatu Papieża Polaka sprawiła, że my, duchowni katoliccy w Polsce – od najstarszych, których Pan Jezus zaprosił do udziału w Swoim kapłaństwie jeszcze przed wyborem kardynała Karola Wojtyły na Urząd Piotrowy, do najmłodszych, którzy byli zaledwie nastolatkami w dniu Jego odejścia do Domu Ojca – jesteśmy głęboko naznaczeni osobowością i świętością życia Jana Pawła II. Jego myśl teologiczna zawarta w licznych encyklikach, adhortacjach, książkach, ale także wyrażona językiem poezji, oraz Jego świadectwo modlitwy i cierpienia kształtowały nasze kapłaństwo i uczyniły nas – niezależnie od wieku – pokoleniem Jana Pawła II.

Jesteśmy przekonani, że włączenie św. Jana Pawła II do szlachetnego grona doktorów Kościoła będzie wielkim darem dla wierzących, a dla wszystkich zobowiązaniem do odkrywania prawdy zawartej w Jego dziedzictwie.

List już podpisali:

o. prof. Jacek Salij OP

ks. prof. Marek Starowieyski

ks. prof. Jan Sochoń

ks. prof. UKSW Jacek Grzybowski

ks. prof. Piotr Mazurkiewicz

Wsparcie dla tej inicjatywy polscy duchowni mogą wyrazić za pomocą specjalnego formularza dostępnego tutaj: https://ekai.pl/formularz-jp2-doktorem-kosciola/

CZYTAJ DALEJ

Kraków: pierwsza wizyta biskupa w centrum muzułmańskim

2020-01-25 16:29

[ TEMATY ]

Kraków

muzułmanie

bp Damian Muskus

Bp Damian Muskus OFM odwiedził społeczność muzułmańską w Krakowie. – - Chciałbym, aby łączyło nas umiłowanie dobra, abyśmy dawali wspólne świadectwo porozumienia mimo różnic, świadectwo otwarcia i zaangażowania w dialog, który prowadzi do solidarnego budowania pokoju – mówił hierarcha.

Bp Muskus przekazał list metropolity krakowskiego, napisany z okazji XX Dnia Islamu w Kościele Katolickim w Polsce. Jego fragmenty zostały odczytane podczas spotkania.

W wydarzeniu uczestniczyli także członkowie Rady Dialogu Archidiecezji Krakowskiej z jej przewodniczącym ks. Łukaszem Kamykowskim i prowadzący stronę islamistablog.pl Anna i Karol Wilczyńscy. Stronę muzułmańską reprezentowali mufti Ligi Muzułmańskiej RP Nedal Abu Tabaq oraz Tariq Al-Kubaisi, imam pracujący dla krakowskiej wspólnoty muzułmanów. Obecny był ponadto Kishan Manocha, obserwator OBWE, który zajmuje się wolnością religijną. W spotkaniu uczestniczyło także ok. 40 członków społeczności muzułmańskiej.

- Jako duchowy syn św. Franciszka odczytuję to wydarzenie w kluczu historycznego spotkania asyskiego Biedaczyny z sułtanem Malikiem al-Kamilem. To była jedna z pierwszych prób autentycznego dialogu między katolikami a muzułmanami. Święty pokazał, że możliwe jest braterstwo między wyznawcami różnych religii, a wzajemny szacunek to podstawa relacji - mówił po spotkaniu bp Muskus.

- Chciałbym, aby łączyło nas umiłowanie dobra, abyśmy dawali wspólne świadectwo porozumienia mimo różnic, świadectwo otwarcia i zaangażowania w dialog, który prowadzi do solidarnego budowania pokoju. Bowiem brak dialogu, izolacja i jednostronne budowanie pokoju nie przynosi owoców dobra – dodał krakowski biskup pomocniczy.

Mufti Ligi Muzułmańskiej RP Nedal Abu Tabaq podkreślał, że obchody tego dnia w Kościele katolickim to inicjatywa pionierska. Przypomniał także, że Liga Muzułmańska od 6 lat organizuje dzień chrześcijaństwa w centrach muzułmańskich i meczetach, a także dzień judaizmu.

To była pierwsza w historii wizyta biskupa w centrum muzułmańskim w Krakowie. – To niewątpliwie przełom, ale jego ranga zależy od dalszych posunięć Kościoła – ocenia Karol Wilczyński, dziennikarz i członek rady Dialogu AK. - Można wiele zdziałać. Mam nadzieję, że Kościół zacznie proponować inicjatywy dialogu, nie tylko w przestrzeni świątyń, ale także w miejscach, gdzie żyje wspólnota muzułmańska – podkreśla.

Wśród uczestników spotkania był muzułmanin z Mozambiku, który przyjechał do Krakowa na 2 tygodnie, by odwiedzić mieszkającego pod Wawelem syna. Mężczyzna współpracuje w Mozambiku z lokalnym biskupem. Zrobił selfie z bp. Muskusem, by pokazać swojemu biskupowi, że brał udział w wyjątkowym wydarzeniu.

Inicjatywa wyszła od Anny i Karola Wilczyńskich. – Chodziło nam o to, by pokazać muzułmanom, że Kraków to jest ich dom, że oni mogą czuć się tu bezpiecznie i że katolicy nie chcą ich krzywdzić – wyjaśniają.

W Krakowie mieszka ok. 2-2,5 tys. muzułmanów. Ok. 200 osób uczestniczy w piątkowych modlitwach, które odbywają się w tutejszym centrum islamskim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję